czwartek, 16 stycznia 2014

COLOR TATTOO



W końcu postanowiłam napisać recenzję sławnego Color Tattoo 24H Maybelline. Gdybym miała napisać ją jeszcze parę tygodni temu to był by to post o bublu, z którym nie wiem co zrobić. Nasza współpraca miała charakter trudnej miłości, burzliwych spotkań i ciężkich powrotów. Czy zakończyła się happy endem? O tym będzie dzisiejszy wpis.  






Color Tattoo nr 55 w kolorze Immortal Charcoal trafił mi się przy okazji pudełka od Glossy, ucieszyłam się z koloru bo lubię czasem mocne smokey eyes, a ten kolor idealnie się do niego nadawał. Zamknięty jest w płaskim, szklanym słoiczku o pojemności 4 ml. Odkręcane wieczko daje dobry dostęp do kosmetyku, chociaż osoby z dłuższymi paznokciami odczują problemy. 

Opis producenta: 

Niezwykły rodzaj cienia do powiek: Color Tattoo 24HR, wyjątkowy kosmetyk o konsystencji kremowego żelu. Dzięki niemu powieki mogą nas cieszyć nieprzerwanym kolorem przez 24 godziny za sprawą super technologii naśladującej efekt tatuażu raz intensywność atramentu. Czyste, intensywne, pełne koloru pigmenty rozprowadzają się na powiekach niczym druga skóra dając profesjonalny efekt przy super prostej aplikacji.

Cena: ok. 25 zł




Konsystencja: 

Cień ma żelowo-kremową konsystencję, a przynajmniej powinien mieć, bo mój był jakimś małym potworkiem. Swoją konsystencję określiłabym jako w pół zaschniętą masę, której bliżej do kamienia niż do żelu. Nie wiem co za szataństwo mam, ale po kilku miesiącach zamiast stwardnieć na amen zaczął przybierać lekko kremową konsystencję. Chyba dojrzewa. Pomijając ten krok , muszę napisać o tym, jak zachowuje się na skórze. Miałam już styczność z kremowymi cieniami Revlon i mimo, że nadal czasem z nich korzystam to mam mieszane uczucia do tego typu stanu cieni. Color Tattoo na skórze wtapia się w nią niczym atrament, staje się suchy, absolutnie nie wyczuwalny pod palcami (w przeciwieństwie do Revlonu), tak jak obiecuje Maybelline, staje się on drugą skórą.  




Trwałość:

Oszołamiająca! Nie spotkałam jeszcze tak trwałych i nie do zdarcia cieni. Po zrobieniu makijażu zostaje on na powiekach cały dzień! Test na 20-to godzinną trwałość zrobiłam na przedramieniu. Mimo snu, ocierania o ubranie, wykonywania normalnych czynności i prac w domu nadal był widoczny! Bardzo trzeba się postarać by go zetrzeć, a i tak nie uda się to w 100% bez żadnego mleczka czy płynu. Co ważniejsze, cienie nie brudzą i nie osypują się. Nałożone w jednym miejscu nie migrują i nigdzie nie spływają. Są naprawdę jak tatuaż.  

Kolor i pigmentacja:

Cień ma ciepły, lekko złotawy odcień szarości z mocno metalicznym wykończeniem. Pigmentacja jest bardzo dobra, niewielka ilość daje już mocny i wyraźny kolor. W Immortal Charcoal mamy zatopiony bardzo drobny shimmer, który ładnie odbija światło. 




Nakładanie: 

Pierwsza aplikacja to był horror, nie wiem czy mi trafił się taki dziwny model, czy to wada tego koloru, ale mój cień z pewnością nie był żelem. Nie był nawet lekko mokry, był zaschnięty i bardzo ciężko było mi go wybrać ze słoiczka. Po kilku mocnych maźnięciach palcem udało mi się wydobyć odpowiednią wielkość by sprawdzić jak się będzie prezentował na skórze. Już pod palcem czułam lekkie grudki i próbując go rozmazać na wierzchu dłoni wyszły mi plamy! Pomyślałam, że pewnie robię coś nie tak. Wzięłam zdecydowanie mniej cienia i znów to samo. Może aplikatorem albo pędzelkiem będzie lepiej? Też nie! Siedziałam i zastanawiałam się czy ja jestem takim ułomkiem czy może Tattoo jest takim bublem. Zła wrzuciłam go do pudełka kosmetyków na kiedyś. W między czasie widziałam na blogach coraz większy zachwyt nad fantastycznymi Color Tattoo i zastanawiałam się czemu u mnie się nie sprawdził. Czasem okazjonalnie go wyciągałam by sprawdzić czy może znajdę na niego metodę, czy nadal pozostanie w strefie "nigdy więcej". Tak sobie leżał aż do Sylwestra. Przeglądając cienie i szukając inspiracji na make up natknęłam się na niego i z ciekawości otworzyłam. Byłam pewna, że znajdę tam Saharę a tu miła niespodzianka. Cień po raz pierwszy i to od niechcenia udało mi się gładko wydobyć i rozetrzeć miękko na dłoni. Czyżby cud? Szybko sprawdziłam go na powiece i w końcu zrozumiałam skąd tyle achów. Jest to cień z charakterkiem, dlatego nadal nie do końca się kochamy. Ciągle potrafi zbić się pod palcami co doprowadza mnie do szału. Jednak skoro wykazał już minimalne chęci współpracy to i ja postanowiłam się troszkę wysilić. Testowałam nakładanie palcami, aplikatorem z gąbki i pędzelkiem z sztucznego włosia. 
Palce: dają najbardziej intensywny odcień i mocny połysk metalicznych drobinek. Nakładam go leciutko topując i a następnie rozcieram krańce. Minusem jest oczywiście okazjonalne zbijanie się w grudki a czasem prześwity gdy zbyt mocno się zbierze. 
Aplikator: daje podobną intensywność koloru, cienie równie pięknie błyszczą. Aplikatorem nie ma szans na topowanie, ponieważ ciężko go w ogóle nabrać na gąbeczkę. Rozcieranie za to idzie bardzo gładko i nie daje plam czy prześwitów.
Pędzelek: najbezpieczniejsza forma, zbieram lekko na koniec włosia niewielką ilość i wcieram w powieki. Daje to delikatny efekt, który można stopniować. Traci na tym intensywność pigmentów i niestety cień staje się bardziej satynowy niż metaliczny. 

Poniżej zdjęcia nałożonych cieni różnymi narzędziami. Widać na nich delikatny efekt pędzla, lekkie grudki zbyt mocnej aplikacji palcami i chyba najrówniejszy efekt gąbeczki.  




Podsumowanie:

Jak widzicie to bardzo trudna miłość. Jestem pod wrażeniem trwałości, pigmentacji i metalicznego wykończenia cieni. Jednak katorga z nakładaniem trzyma mnie lekko na dystans. Bardzo żałuję, że mój Tattoo nie dojrzał wcześniej do współpracy, bo z chęcią przygarnęłabym jeszcze ze dwa kolory podczas Rosssmannowskiej promocji. A tak przeszłam obok nich z prychnięciem. Teraz wiem, że nie jest taki straszny i powoli rozumiem wszystkie zachwyty. 
Jakie są wasze doświadczenia z Color Tattoo? Czy tylko ja miałam takiego pecha? Macie swój sprawdzony sposób na niego? Jeśli tak, to jestem otwarta na porady! 


23 komentarze:

  1. ja nie miałam z nim styczności, ale tak jak szukam już dłuuuugo dobrego tuszu, tak pewnie będę później szukać cieni :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi właśnie ten felerny egzemplarz psuje zdanie, że mógłby być to cień idealny.

      Usuń
  2. Moja jedyna styczność z nimi to czytanie o nich na blogach :P Czaje się na nie, ale jakos tak za każdym stwierdzam, że nie potrzebuje i odchodzę... ;p ale może następnym razem, jak będą w jakiejś promocji to się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja żałuję, że nie dałam im szansy podczas -40% w Rossmannie.

      Usuń
  3. Nie miałam okazji używać żadnego cieni z tej serii :)

    OdpowiedzUsuń
  4. mam coś w turkusie z tego i też ciężko mi go pokochać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wydaje mi się, że takie cienie są o wiele trwalsze i rezultat jest bardziej intensywny niż w zwykłych cieniach w kamieniu.

    Pozdrawiam
    http://magiczneslowaa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wiele! Nawet po całonocnej imprezie są na powiekach w nienaruszonym stanie. Taką trwałość miały u mnie tylko małe cienie z Artdeco. Niestety też po pewnym czasie blakły i się sypały.

      Usuń
  6. Nie zachwyca i zdecydowanie nie znajdzie się w mojej kosmetyczce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężki jest we współpracy ale sam kolor mi się bardzo podoba ;)

      Usuń
  7. Ja mam odcień 40, który używam tylko do brwi, bo na powiekach mi jakoś nie leży. Nawet dzisiaj też o nim pisałam małe co nie co :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie czytałam :D i muszę go mieć :)

      Usuń
  8. Czytałam właśnie wiele opinii, że ten odcień jest idealny jako wypełniacz do brwi. Lecę przeczytać co o nim sądzisz ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja właśnie podczas rossmanowskiej promocji przygarnełam czarny i nie wiem jak go użyć :( cały czas stoi prawie, że nowy :( zapłaciłam za niego coś koło 11-14 zł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetna cena ;) Czarnych cieni używam bardzo rzadko, tylko do naprawdę ciemnego smokey...a nie da się zrobić nim kreski?

      Usuń
  10. Nawet mnie do nich nie ciągnęło :) Od dawna wiem, że ta konsystencja cieni mi nie do końca odpowiada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bałam się kiedyś kremowych cieni, że będą się rolować i spływać. Revlonowskie mają taką tendencję, Tattoo natomiast zasycha i staje się suchym cieniem.

      Usuń
  11. Może po prostu w domu jest mu cieplej i przez to zrobił się bardziej miękki i kremowy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki ciepluszek ;) Nie wiem właśnie o co chodzi, bo pudło z kosmetykami rzadko używanymi stoi zawsze w tym samym miejscu. Myślałam nawet, że może się zepsuł, ale datę ma w porządku.

      Usuń
  12. Jeszcze nie miałam żadnego odcienia i jakoś ta konsystencja mnie nie przekonuje, ale może kiedyś sama skuszę się wreszcie na wypróbowanie ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ładny ten kolor. Ja się czaję na 3 odcienie tych cieni i pewnie za kilka dni będę je już mieć u siebie :)

    OdpowiedzUsuń